środa, 25 marca 2015

Chapter 6: Mirage of speculation

Czy wiesz dlaczego śnieg jest biały? Bo zapomniał jaki ma kolor. uważam, że biały śnieg jest piękny.
Tetsuo Aizawa:
            Leo wyglądał coraz bardziej jak słodka mała inflantka. Lekkie zmieszanie, przestrach w oczach i nieśmiałe gesty przywoływały mi tylko i wyłącznie obraz delikatnej i niewinnej młodej damy z dobrego domu. Jego nazwisko zresztą konotowało pewnego rodzaju szlacheckość, więc trudno dziwić się takim wyobrażeniom.
— Dobra, nie zostało nam za wiele czasu, powiedz mi jakim cudem się tu znalazłem? Mam czarną dziurę zamiast wspomnień – nie byłem do końca pewny, czy chcę zadawać to pytanie, odpowiedź  mogła ową dziurę wypełnić żarzącym się wstydem, a brak jakichkolwiek wspomnień z Utopii nie napawał optymizmem w tej materii.
— Przyprowadzili cie twoi koledzy, byłeś zupełnie nieprzytomny więc położyli cie na łóżko i tak zostawili.
— A Frank nic nie mówił? Od jakiegoś czasu ma strasznie ojcowskie zapędy…
— Nie, tylko że spotkamy się za dwa tygodnie. — A gdzie gadka o tym jaki to jestem dziecinny i nieodpowiedzialny, jakiej opieki potrzebuje… coś mi w tym wszystkim nie pasowało.
— Mam tylko nadzieję, że nie w Utopii, myślę że to miejsce mam już spalone.
— Co takiego tam się działo? – Leo chwycił temat z zainteresowaniem. Zachowywał się nad wyraz przyjaźnie, zupełnie do siebie niepodobnie.
— Nie pamiętam – odparłem z niemałym kacem moralnym, moja dziurawa pamięć była obecnie jedną z najbardziej znienawidzonych przeze mnie rzeczy na świecie – i to jest najgorsze. Kojarzę zaledwie pojedyncze sceny, zupełnie bez sensu… nie mam nawet za bardzo pojęcia o czym rozmawialiśmy… chłopaki chyba mieli mnie dość, bo pamiętam jak odchodzili od stolika mówiąc, że mają dosyć… i w pewnym momencie miałem wrażenie, że ziemia się waliła…
— Tetsuo… - mruknął przerywając napływający potok pijackich wizji – chciałem cie przeprosić. Nie powinienem… - do świętej Anielki, że co, proszę?? Czyżbym trafił to alternatywnej rzeczywistości? A ten prawdziwy świat naprawdę został zgładzony przez białego królika? – Nie powinienem wyskakiwać do ciebie z tymi oskarżeniami, ani wydawać jakichkolwiek sądów bez poznania twojej sytuacji. Nie wiem jakim cudem dostałeś przepustki od samego…
— Przepustki! Nie oddałem ich, uciekłem ze szkoły! Dyrektor mnie zabije, nie… nie… on zrobi coś gorszego, coś przy czym śmierć to mały pikuś… każe mi ściąć włosy na pazia albo… cholera dopiero co mi się szlaban skończył…
— Tetsuo! – dopiero dotarło do mnie, że mały ciągle powtarzał moje imię – nie uciekłeś rozumiesz?
— Jak to nie? Nie było mnie na wieczornym obchodzie, a ten mops na pewno mi tego nie darował. Nie odjąłby sobie możliwości upokorzenia mnie znowu.
— Tak w teorii, to byłeś, brałeś prysznic, a przepustkę przekazałeś przeze mnie, bo bardzo ci się spieszyło. – Nie mogłem uwierzyć w to co słyszałem, jeśli to był sen, nie chciałem się z niego budzić.
— Leo, kocham cie! – Nie mogąc powstrzymać emocji przytuliłem chłopaka, był lekki jak piórko i tak słodko pachniał lawendą.
— Dobra, dobra, tylko postaw mnie już – poczułem, że jego ciało spina się w moim uścisku. Zapomniałem, że moja księżniczka mimo wszystko ciągle nie pała do mnie miłością. Może to i lepiej, nie ma mowy, żeby… zdecydowanie lepiej. Odstawiłem mojego wybawcę na podłogę, przywołując się do porządku. – Tetsuo, jak długo znacie się z Frankiem i resztą chłopaków? – zapytał siadając z powrotem na kanapie.
— Hm… Franka znam odkąd pamiętam, dorastaliśmy mieszkając blisko siebie, później Frank został moim korepetytorem, co znacząco nas do siebie zbliżyło. Z Nat’em i Michaelem chodziłem do klasy kiedy powtarzałem rok, zaczęliśmy pogrywać razem na gitarach, tak poznaliśmy Hiro, graliśmy w Piwnicy niby-koncert jemu bardzo nasza muzyka się nie podobała, to musiało skończyć się przyjaźnią. Trochę mi ich brakuje tutaj, widywaliśmy się niemal codziennie. A jak jest z tobą, odkąd przyjechaliśmy nawet nie wspominałeś o powrocie do domu, żeby spotkać się ze znajomymi. – Leo jakby lekko się zmieszał.
— Nie ma za bardzo do kogo wracać… moja jedyna przyjaciółka najprawdopodobniej mnie nienawidzi… cholera, zobacz jak późno, zaraz zaczynają się testy. 
      Mój egzamin odbywał się w pracowni chemicznej, gdy tylko wszedłem do pomieszczenia uderzyła mnie odurzająca woń kwasu siarkowego. Cholera! Czemu akurat dzisiaj, poczułem jak zawartość żołądka podnosi się do góry niebezpiecznie zbliżając się do moich ust. Dlaczego akurat dzisiaj jakiś niezgrabny idiota musiał wylać jeden z najbardziej śmierdzących kwasów jakie istnieją?
— Dzień dobry Aizawa, czy coś nie tak?
— Nie skądże pani profesor – posłałem jej uśmiech najbardziej zjadliwy na jaki było mnie w tej chwili stać. Chyba nie zrozumiała aluzji. Jak oni mogą tu siedzieć nie czując tego smrodu? Omiotłem salę wzrokiem oprócz mnie, chemiczki i innego nauczyciela, był w klasie tylko jeden uczeń, którego nie kojarzyłem.  Nauczyciel rozdał nam po jednym arkuszu egzaminacyjnym po czym monotonnym (a jakżeby inaczej) głosem zaczął:
— Zanim zaczniecie rozwiązywać test, proszę, abyście policzyli kartki, powinniście mieć dwanaście kartek plus jedna pusta przeznaczona na brudnopis. Macie dwie godziny, powodzenia.
Zdjąłem plombę i zacząłem rozwiązywać zadania, były one sprawdzeniem wiedzy z całej edukacji, przebrnąłem przez zadania z atomów izotopów i promieniotwórczości, starałem się nie myśleć o duszącym zapachu zgniłych jaj jaki unosił się w powietrzu, starałem się nie myśleć o chłopaku siedzącym koło mnie, który zawzięcie stukał długopisem w blat ławki, reakcje kwasy, dysocjacja, zasady sole, cukry…. Pisałem coraz szybciej, chcąc jak najszybciej wyjść z sali. Mole, aldehydy, kwary karboksylowe, tłuszcze…. Dotarłem do ostatniej strony. Złożyłem test i grzecznie podniosłem rękę, nie byłem w stanie nic powiedzieć.
— Już? Dałeś sobie spokój? – chemiczka podeszła do mnie z tryumfalnym uśmiechem.
— Mogę iść? – wydukałem przez zaciśnięte zęby, nie byłem na siłach, by bawić się w jej utarczki słowne, niech tryumfuje. Gdy tylko kiwnęła głową wybiegłem z klasy z prędkością światła szukając najbliższej łazienki. Nie piję więcej, obiecuję.

Leonard de Vere:
            Po egzaminie wróciłem do pokoju, Tetsuo nie było, a to wróżyło chwile spokoju. Wyciągnąłem Niewiedzę Kundery i zacząłem czytać. Odkąd wyjechałem do szkoły, książka ta prześladowała mnie niemal codziennie. Milan opowiadał w niej historię emigrantów, którzy nie mogą odnaleźć swojego miejsca. W pewnym sensie problemy bohaterów były mi bardzo bliskie, z jednej strony odczuwałem tęsknotę, nostalgię za domem, jednak obawiałem się   powrotu, wyjechałem tylko do szkoły… a spaliłem za sobą wszystkie mosty. Otworzyłem zgrabny tomik w czarnej okładce na pierwszej stronie i zacząłem czytać.
„Po grecku powrót brzmi nostos. Algos oznacza cierpienie. Nostalgia jest zatem cierpieniem spowodowanym przez niespełnione pragnienie powrotu. Większość Europejczyków może wyrażać to podstawowe pojęcie słowem pochodzenia greckiego (nostalgie, nostalgia), oraz innymi słowami, których korzenie rosną w językach ojczystych: anoranza, mówią Hiszpanie; saudade, mówią Portugalczycy.W każdym języku słowa te mają własne zabarwienie.”
 Nie zdążyłem dojść do następnej strony, kiedy do pokoju wszedł mój brat, oczywiście bez pukania, bez słowa przepraszam, cały on. Cześć braciszku, jak tam egzaminy?
Czysta formalność, to był tylko jeden semestr. – odpowiedziałem lekko poirytowany, mógł wysłać sms, przecież nie było konieczności, żeby się fatygował te dwa piętra. Spojrzałem na niego spode łba żeby zrozumiał, że przeszkadza i zobaczyłem coś dziwnego. Jace’a w stroju formalnym. – A ty gdzie się wybierasz?
Myślałem, że już nie zapytasz, jak ci się podobam? Wyglądam profesjonalnie i rzetelnie? – Zmierzyłem go wzrokiem od czubka głowy po sam koniec wypolerowanych butów.
Wyglądać to może i wyglądasz… to z zachowaniem masz problem.
Dzięki księżniczko, zwrócę na to uwagę. A jak tam Tetsuo? Znalazł się już? A skąd wiesz, że zniknął? – Powiedziałem mu to? Może coś wspominałem, że jak ten debil się nie znajdzie, będę miał poważne problemy, że jak tylko wróci, to go powieszę, za to co najbardziej boli… tak mogłem napomknąć o tym przy śniadaniu… obiedzie, kolacji chyba też… Wspominałeś o tym raz, może dwa… nie, nie oszukujmy się nawijałeś o tym dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nawet dostałem od ciebie kilka smsów. Swoją drogą dziwię się, że ta informacja nie trafiła do dyrektora.
Znalazł się, pisze egzamin z chemii. – Nie wdawałem się w dyskusję.
Jeszcze nie wrócił? O, o wilku mowa, boże co ci się stało? – Jace podszedł z zatroskaną miną do na wpół żywego Tetsuo.
Kwas siarkowodorowy śmierdzi… - wyjąkał.
Zostaw go, jest na kacu – rzuciłem nie zachwycając go nawet spojrzeniem.
Leonardzie, dlaczego jesteś taki bezduszny?! To twój przyjaciel! – Jace był dosłownie taki sam jak moja matka, oburzało go niemal wszystko do granic możliwości, a wtedy mówił w ten dziwny formalny sposób.
Wcale nie jesteśmy przyjaciółmi – Jace spojrzał na mnie z wyrzutem i dezaprobatą jakbym powiedział coś strasznego. Tetsuo uniósł tylko głowę, mruknął coś pod nosem głosem wypranym z jakichkolwiek emocji po czym ruszył w kierunku łazienki obdarzając mnie jedynie spojrzeniem pełnym pogardy, która w połączeniu z lekceważącym uśmiechem budziła we mnie wszelkie pokłady złości.
Starałem się jakoś stłumić negatywne uczucia, wiec ugryzłem się w język i jego zachowanie skwitowałem ciszą. 







Formatowanie ciągle kuleje, jestem na etapie poprawiania poprzednich rozdziałów, na razie oddaję do czytania ten (: szczerze mówiąc ten rozdział sprawił mi cholernie dużo problem, to co napisałam w nim kiedyś było tak kiepskie, że szkoda gadać, na szczęście jeszcze trochę i będzie coś się dziać (: 

wtorek, 10 marca 2015

Nominacja na rozgrzewkę



Strasznie długo mnie nie było, najpierw studia, potem praca teraz brak pracy... jedynym plusem obecnie jest to, że ruszyłam z opowiadaniem, w końcu. Więc wracam (: dzisiaj co prawda z małą rozgrzewką ale do końca tygodnia będzie nowy rozdział. Obiecuję. (cholera napisałam to)

Tak więc dzisiaj LA, nadrabianie zaległości i jedziemy ;p Jest to moja druga naminacja (pierwszą jakoś przemilczałam) dlatego odpowiem na wszystkie pytania ;p a co (:

Ah nominowana zostałam przez Dark Queen













Zasady:


,,Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za “dobrze wykonaną robotę”. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie watorów więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.”


1. Co cie inspiruje?
Inspiruje mnie wiele rzeczy, w dużej mierze moje własne przeżycia, muzyka, poezja. Czasem, ale to czasem proza. Czasami bawię się w gry twórcze, żeby nie zapomnieć jak trzyma się długopis.


2. Czemu akurat ta tematyka?
Trudne pytanie, chciałam napisać opowiadanie o wyjątkowej miłości, ale nie lubię kobiet, więc postanowiłam że tych kobiet za dużo w nim nie będzie. Nie jest to moje jedyne opowiadanie, mam ich naście, ale w większości bohaterami są mężczyźni, czasami też miłość męsko-męska.


3. Jakbyś opisała swoje życie?
Nudne, od kilku lat żyje jak w starym małżeństwie, żadnych problemów miłosnych, żadnych żali i rozpaczy, kochamy się z moim chłopakiem i tak sobie żyjemy już kilka lat razem kłócąc się co najwyżej o to że nie pozmywał, albo ja zostawiłam jedzenie na wierzchu i się popsuło. Serio, coś takiego naprawdę tworzy tamę twórczą, szczególnie, kiedy lubię opisywać negatywne emocje.


4. Czy miałaś kiedyś myśl żeby przestać pisać?
Odkąd uświadomiłam sobie, że prowadzę nudne życie myślę o tym non stop. Kiedyś pisanie było całym moim życiem, mało co robiłam innego, a teraz… teraz trzeba posprzątać, pozmywać zrobić obiad. I o la boga pójść do pracy (w tym momencie tą pracę znaleźć).


5. Czy twoim zdaniem blogowanie jest ucieczką przed rzeczywistością, czy wręcz przeciwnie?
Trochę rzeczywiście w tym ucieczki, mogę na chwilę skupić się na tym, żeby poprawić te przeklęte czcionki, bo coś świruje i nie wygląda tak jak ja chcę (kiedyś udostępnię PDF pokazujący jak wyglądają te opowiadania w moim wordzie, to zupełnie inna bajka - niestety wzrokowiec część treści przedstawia w formie)


6. Od czego jesteś uzależniona?
Od herbaty, ale tak na poważnie. Od kupowania herbaty. Herbatyzm to moja filozofia. Powiedz mi jaką herbatę pijesz, powiem ci kim jesteś.
Od książek.
Od kosmetyków. Jak ja uwielbiam kosmetyki.
Niestety już uzależniłam się od telefonu, na szczęście nie jest to ten poziom uzależnienia jak u mojej siostry (ta nie żyje jak nie ma w ręku swojego smartfona)


7. Z czego potrafiłabyś zrezygnować, a z czego nie?
Zrezygnować mogłabym z… czekolady. Byłoby trudno ale potrafiłabym.
A nie potrafiłabym z herbaty. Niestety.


8. Posiadasz jakiegoś pupila?
Posiadam. Franca się zwie i jest francą. I kotem po za tym. Wrednym kotem, który zawsze siada na kartkach chyba, że dasz mu usiąść na kolanach, to usiądzie.



9. Jakie książki zazwyczaj czytasz lub jakie opowiadania?
Wszystkie - serio. jestem po literaturoznawstwie, więc czytanie było przedmiotem moich studiów (na szczęście nie tylko) i to nauczyło mnie, żeby czytać wszystko od wysokiej literatury w postaci Ulissesa czy Absolomie, Absolomie... przez poezję aż do kiepsko napisanych bestsellerów takich jak chociażby 50 twarzy Greya. Kiedyś czytałam tylko to co mnie interesowało, teraz czytam wszystko i we wszystkim znajduje coś wartościowego - a co na taki optymizm mnie stać ;)


10. Czy twoi znajomi wiedzą o twoim blogu?
Nie, nie wiedzą. Jakoś się nie chwaliłam, chyba jestem za stara na bloga :)


11. Twoim zdaniem najlepsze promowanie własnej twórczości to…?
hmm... a trzeba było pójść na tą promocję sztuki... jak widać czytelników wiele nie mam, więc chyba nie wiem na ten temat za wiele ;p Ja promuję swoją 'sztukę' przy okazji, szukając czegoś ciekawego do czytania komentując dodaję link do mojego bloga, wychodzę z założenia, że to nie miłe, kiedy każę komuś zajrzeć do mnie nie próbując nawet zapoznać się z treścią danego bloga.



1. Jakie masz zainteresowania?



Japonia w ogromnym skrócie.
Literatura wszelaka.
Film z każdej strony.


2. Ulubiona piosenka?
Jedna? Requiem Mozarta? Lubię muzykę więc wybór jednej jest trudny.


3. Koty czy psy?
Koty!

4. Największe marzenie?
Przepraszam, ale marzenia to nie dla mnie.


5. Gdybyś mógł / mogła się cofnąć w czasie (nieważne o ile lat) to z jaką osobą chciałabyś się spotkać?
Mickiewicz. Muszę sprawdzić co ćpał.


6. Miejsce, które wydaje ci się najciekawsze to ...
Amsterdam uwielbiam do niego wracać tak jak do mojego łóżka ;P Moje łóżko też jest ciekawe... dzieje się tam magia ;)


7. Ulubiona bajka z dzieciństwa?
Dragon Ball i Smerfy i Gumisie


8. W kinie najczęściej oglądasz: komedie / horrory / bajki animowane / inne (jakie filmy)?
Uwielbiam w kinie oglądać horrory, ale mój facet się boi więc oglądamy całą resztę - nie ważne jaki gatunek, ważne żeby film zapowiadał się dobrze


9. Gdybyś mógł / mogła zmienić w sobie jedną rzecz, co to by było?
Nogi.


10. Wada u ludzi, która najbardziej Cię irytuje to ...
Ocenianie innych z góry.


11. Czego się najbardziej boisz?
Siebie.



Moje pytania:


1. Książka/film której nienawidzisz? Dlaczego?
2. Dlaczego zacząłeś/aś prowadzić bloga?
3. Pamiętasz czasy bez internetu? Jak spędzałeś/aś wtedy czas?
4. Otwórz najbliższa książkę na dowolnej stronie i przeczytaj jedno losowe zdanie, zinterpretuj xD
5. Masz nieograniczoną ilość pieniędzy jak byś je zagospodarował/a
6. Książka która zmieniła Twoje życie?
7. W jakim wyimaginowanym świecie chciałabyś/chciałbyś się znaleźć? Kim chciałbyś/chciałabyś w nim być?
8. Twoje największe zboczenie?
9. Masz możliwość przeniesienia się w przeszłość, jaki okres wybierzesz? (nie przenosisz się w inne miejsce)
10. Książka, której przeczytanie pomijasz milczeniem, nie chce się do tego przyznać przed znajomymi?
11. Najlepszy napój na świecie?


Jacie! zadałam 11 pytań teraz jest problem bo mało nowych blogów znam, ale zaraz to nadrobimy:


Pierwsza nominacja wędruje do mojej dawnej czytelniczki, której też byłam a nawet jestem czytelnikiem czyli do Kimisia: www.pozbawieni-skrzydel.blogspot.com

....
na razie tyle. Niestety czytam blogi, które funkcjonują już bardzo długo a nie chcę na siłę teraz szukać. Jeśli znajdę kogoś innego wyślę mu linka do tego postu i już (:


______
nie sprawdzane pewnie masa błędów, poprawię, ale teraz muszę szykować się do wyjścia. (:

wtorek, 26 sierpnia 2014

Chapter 5: And tequilla too


Szczęście jest optyczną iluzją. Dwa lustra, które wysyłają sobie ten sam obraz w nieskończoność. Nie próbuj dotrzeć do początkowego obrazu. Nie ma go tam. 
Tetsuo Aizawa:
Obudził mnie dziwny nieznośny hałas, warkot… warkot wiertarki? Silnika? To w szkole są jakieś remonty? W roku szkolnym? Przekręciłem się na drugi bok szukając ręką poduszki, którą mogłem zakryć uszy. Zamiast na poduszkę natrafiłem na coś ciepłego i… o boże, to się rusza! Otworzyłem oczy podskakując jednocześnie z przerażenia. Koło mnie leżało roznegliżowane cielsko Rei’a. Gdyby tego było mało to właśnie ono wydawało z siebie to denerwujące warczenie. Spróbowałem przekręcić się w drugą stronę, jednak moje ruchy zostały skrępowane ręką Mike’a, leżącego po mojej drugiej stronie. Zamiast się poddać spróbowałem stanąć na nogach. Wielki błąd. Automatycznie moją głowę przeszedł straszny ból a zawartość żołądka powędrowała w górę do przełyku. Cudem powstrzymałem odruch wymiotny.
Co ja wczoraj robiłem?

Leonard De Vere:
Ten bezmózgi debil nie wrócił zeszłej nocy, zresztą rano też go nie było. Na dodatek wyszedł bez klucza do pokoju więc uziemił mnie w nim aż do swojego powrotu. Nienawidzę tak impertynenckich idiotów, myślących tylko o sobie. Znudzony czekaniem koło południa ruszyłem na spacer po błoniach. Najwyżej będzie czekał pod drzwiami. Moja wina, że jest tak porywczy?
O Leonard, tak? – Przede mną jak z pod ziemi wyrósł wysoki mężczyzna ubrany w popielaty garnitur i białą koszulę bez krawata. Nasz dyrektor.
Tak panie profesorze. Dzień dobry. – Chyba pierwszy raz miałem okazję przyjrzeć się profesorowi Woodowi, podczas naszych wcześniejszych spotkań, starałem unikać jego wzroku, kierowany zażenowaniem i wstydem. Dzisiaj przy spotkaniu mniej formalnym zauważyłem, że mimo powagi i doniosłości ma w sobie trochę uroku małego chłopca, rozmierzwione przez wiatr włosy i delikatny błysk załzawionych od zimnego wiatru zielonych oczu nadawał mu przyjaźniejszej aury. Wydawał się osobą, której można zaufać, której można powierzyć najskrytsze sekrety. Nic dziwnego, że mój brat był tak zauroczony jego osobą.
A ty nie miałeś być dzisiaj przypadkiem z Tetsuo? – Zdziwiony odbąknąłem, że uczyłem się przed egzaminami jednocześnie próbowałem dodać dwa do dwóch – skąd dyrektor wiedział tyle na temat nowego bądź co bądź ucznia?
Pewnie zrobił ci nieziemską awanturę – roześmiał się, a ja jeszcze bardziej zdziwiony kiwnąłem głową – nie martw się. Przejdzie mu szybciej niż by się mogło zdawać. On nie potrafi się gniewać na nikogo zbyt długo. Dobrze mały, widzę że moja sekretarka już mnie szuka, obowiązki wzywają. Nawet na spacer człowiek wyjść nie może… no nic, pamiętaj, że zawsze możesz mnie odwiedzić w gabinecie, szczególnie jakbyś znowu miał problem z tym zawadiaką. Już ja znam na niego sposoby. – Na odchodne posłał mi ciepły uśmiech i odszedł w stronę głównego gmachu szkoły.
Pozostałem sam na środku ścieżki pogrążony w rozmyślaniach. Skąd Wood wie tyle o Tetsuo? Skąd Tetsuo miałby numer dyrektora? I te oczy… szmaragdowe tęczówki, tak niezwykłe, chłodne… nie; ciepłe… nie są identyczne, podobne. Ta sama intensywna zieleń, ocieplona złotymi akcentami.
Sorki księżniczko! Nic ci się nie stało? – z letargu wyrwało mnie uderzenie piłką w głowę. Wymierzone idealnie przez jednego z kolegów brata.
Mógłbyś mnie tak nie nazywać? – chłopak widząc moją oburzoną minę tylko się roześmiał i wrócił z piłką do grupki trzecioklasistów grających w kosza. Jeszcze trochę, a cała szkoła będzie mnie tak nazywać. Jace jeszcze za to ode mnie oberwie.
            Wieczorem Tetsuo ciągle się nie zjawił, wziąłem jego pozwolenie, które ciągle leżało na moim biurku i zaniosłem opiekunowi. I po co? Czemu go kryję? Jak cokolwiek się wyda będę miał nie małe problemy. Chyba padło mi na mózg.

Tetsuo Aizawa:
            Potrzebowałem kilku minut, żeby ogarnąć co się działo ostatniego dnia. Przez moją głowę przewijał się film zarejestrowany kamerą przemysłową na kilkukrotnie naświetlanej taśmie, trochę gadania, trochę śmiechu dużo alkoholu. Zagadką ciągle jednak zostawało to, jak się znalazłem  tym burdelu i co robię na kanapie z trzema facetami?
  Ja pierdolę… – mój głos był ochrypły jak po tygodniowym melanżu.
Nie pierdol, tu są sami faceci – to niewątpliwie był głos Franka.
TU. Znaczy GDZIE?
TU.
Aha…
Myślenie sprawiało ból, więc zamknąłem oczy i z powrotem pogrążyłem się w krainie Morfeusza.

Leonard De Vere:
            Po dwudziestej ktoś zapukał do drzwi. Z niekrytą nadzieją poszedłem otworzyć, ale to co zobaczyłem, wmurowało mnie w ziemię. Na progu stało trzech chłopaków, a raczej dwóch. Jeden zwisał wsparty na ramionach pozostałych.
Przesuń się szybko – syknął długowłosy brunet, który wraz z innym długowłosym chłopakiem podtrzymywał nieprzytomnego Tetsuo. – Szybko, zanim ktoś nas zauważy – przesunąłem się bezwiednie wpuszczając nie tylko trójkę, a szóstkę przybyszy do pokoju. Położyli nieprzytomnego na moim łóżku a sami otoczyli mnie wianuszkiem.
Myślałem, że Te-chan przesadza, ale ty naprawdę jesteś słodki. – Jeden z chłopaków podszedł bliżej i zlustrował mnie do góry do dołu. Był średniego wzrostu, niewiele wyższy ode mnie, chociaż ciężkie buty dodały mu centymetrów. Długie włosy pogrążone w nieładzie okalały męską twarz, patrzył na mnie żółtymi, wręcz fosforującymi źrenicami, których kolor niewątpliwie zawdzięczały soczewkom. Nie mam pojęcia co ten debil im nagadał, ale oberwie, jak tylko się obudzi.
Mike, nie strasz go – przed szereg wyszedł wysoki blondyn ubrany w czarny płaszcz nabijany ćwiekami, wyglądał jak zdjęty z planu zdjęciowego do jakiegoś magazynu modowego. – Nie przejmuj się nim, on już tak ma. Jestem Frank Grenuoe – wyciągnął do mnie wąską dłoń przyozdobioną licznymi pierścieniami.
Leonard De Vere – szybko ją uścisnąłem.
No i w końcu poznaliśmy twoje imię! Nic tylko mały, księżniczka, potwór… żadnych konkretów – usłyszałem rozbawiony głos, gdzieś z tyłu. Po chwili również on wyciągnął rękę do mnie i przedstawił się – Nathaniel Ferell – chłopak, którego dłoń uścisnąłem wyglądał chyba najnormalniej. Krótko ścięte włosy, bez żadnych ekscesów kolorystycznych, bez przesadnej dbałości o formę, ubrany był w t-shirt i jeansy, a stopy zdobiły najnormalniejsze trampki. Na pierwszy rzut oka wydawał się być osobą z którą nawet da się zamienić słowo lub dwa.
Tony Vicious – kolejną osobą, która mi się przedstawiła był długowłosy brunet, który wniósł Tetsuo. Biła od niego dziwna aura, wyniosłości? Może.
Rei Asano 0 rzucił opierający się o blat biurka chłopak. Spod kaptura naciągniętego na połowę twarzy wystawały niesforne czarne kosmyki.
A ja jestem Michael Stonehell, masz może ochotę się umówić? – Zabrzmiał jak mentalny klon Tetsuo.
A ja święty Mikołaj! – doleciał do nas głos Aizawy, który ciągle bezpiecznie leżał na moim łóżku.
No, a teraz odwdzięczymy ci się za to, że przez całe dwa dni musieliśmy słuchać, tylko i wyłącznie opowieści o tobie… Ał! – chłopak, który przestawił się jako Nathaniel zaczął się do mnie zbliżać z uśmiechem nie wróżącym nic dobrego. Nagle zatrzymał się i wrzasnął wniebogłosy. Nie waż się tknąć mojej Księżniczki! – Tetsuo wrzasnął przez sen. Obok klnącego Nathaniela leżała moja rozbita w drobny mak kostka Rubika. Tym razem ja chciałem się komuś odwdzięczyć, ale Frank powstrzymał mnie gestem ręki.
Księżniczko, chciałbym sobie z tobą pogadać.

Frank Grenuoe:
            Gdy zobaczyłem Leonarda zrozumiałem dlaczego tak bardzo owładnął umysłem Te-kuna. Chłopak wyglądał zjawiskowo. Niewinny wyraz twarzy i kocie tajemnicze oczy niepozwalające o sobie za szybko zapomnieć. Zdecydowanie w typoe Tetsuo.
Dobra Leo –zacząłem siadając na krześle stojącym przy biurku – powiedz nam coś o sobie – mały spojrzał na mnie jakbym mówił w innym języku.
Że co, za przeproszeniem?
Nie przepraszaj, nie gniewam się – uśmiechnąłem się do niego łagodnie, jednak z jawną kpiną – Tetsuo jest naszym przyjacielem – przerwałem bo Nat syknął z kąta „Mów za siebie” – w każdym razie, martwimy się o niego. W ostatnim czasie mówił… dużo o tobie, jednak z wielu względów, jego osąd nie był dla nas… wystarczający. Jeśli wiesz co mam na myśli.
Do czego zmierzasz? – niepewnie zapytał jakby przeczuwał najgorsze.
Zmierzam do sedna naturalnie. Najważniejsze w tym momencie jest to, że nie możemy zabrać Tetsuo ze szkoły, mimo że bardzo byśmy tego chcieli. Mamy związane ręce. Co za tym idzie, musimy go zostawić pod twoją opieką. Chcemy cie poznać choć trochę, żeby wiedzieć w czyje ręce… składamy jego los.
Tak właśnie! – wtrącił się niespodziewanie Mike – chcemy cie poznać jak najlepiej się da, dlatego właśnie może spotkamy się w przyszłą sobotę? Poszlibyśmy do jakiegoś klubu… a może w jakieś bardziej intymne miejsce, tylko we dwoje co? – Ten tylko o jednym, nie przepuści nikomu… eh.
Nie zwracaj na niego uwagi, on ma tak zawsze – Mike obdarowany został moim złowrogim spojrzeniem „Zejdź mi lepiej z oczu” – no wiec? Słuchamy. – Młody stał tak jeszcze chwilę milcząc aż w końcu się poddałem – dobra, za dwa tygodnie robię urodziny. Czuj się zaproszony, ba! Powiedziałbym, że obecność jest obowiązkowa. Szczegóły przekażę Tetsuo.
Nie mam zamiaru nigdzie z nim jechać! – W końcu znalazł język w gębie. Brawo. – Nie mam nawet ochoty przebywać z nim w jednym pokoju, już złożyłem wniosek o zmianę – kłamał. Nie potrafił kłamać, jego oczy były zbyt przejrzyste, widać było w nich ulgę i radość na widok Te-kuna. Teraz też wszystko widać jak na dłoni – zwykłe zmieszanie.
Anyway, jesteś zaproszony, nie musisz przyjeżdżać z nim, możesz wziąć swoich kumpli, mam całkiem spore mieszkanie. Tu masz adres -  szybko zapisałem swój dokładny adres po czym wstałem i ruszyłem w kierunku drzwi. – A Leonard, Tetsuo nie jest taki na jakiego pozuje, wstydzi się mówić co myśli bo siedzi w nim ckliwa dusza romantyka.  Miej to na uwadze.

Leonard De Vere:
            Zanim wyszedł uśmiechnął się i rzucił „Widzimy się za dwa tygodnie”. Za nim ruszyła cała czwórka. Zostałem sam z nieprzytomnym, pijanym Japończykiem, który cicho pochrapywał na moim posłaniu. Spojrzałem na jego twarz – wyglądał gorzej niż po tygodniowym szlabanie na wspomagaczach. Jego normalnie przystojna i idealnie zadbana twarz była spuchnięta i poszarzała, a pod oczami widniały ogromne worki. Był wycieńczony, co on robił cały weekend? Jego idealnie wykrojone usta były spierzchnięte a włosy pogrążone w nieładzie. Wyglądał tak inaczej niż zazwyczaj. Tak bezbronnie, tak niewinnie, lekko rozchylone wargi jakby się prosiły o… Boże o czym ja myślę! Szybko ocknąłem się z tego chwilowego zamroczenia, na pewno wywołanego stresem i … w ogóle wszystkim i odszedłem od łóżka.  
Tetsuo Aizawa:
            Otworzyłem oczy zupełnie nie wiedząc gdzie jestem. W gardle czułem piekącą gorycz tequili, ale w powietrzu brakowało mi zapachu palonego haszu i tytoniu. To jednoznacznie dało mi do zrozumienia, że nie jestem już w zadymionym pokoju motelu koło Utopii.
Gdzie ja do cholery jestem?  - wydobyło się z mojego gardła, ale to nie był mój głos. Był zachrypnięty i przepity. Do moich nozdrzy doleciał zapach pościeli. Lawenda wymieszana z delikatną nutką Jedynki Calvina Kleina, omamy węchowe? Tak właśnie pachnie moja Księżniczka, która w tym momencie pewnie mnie nienawidzi. W ogóle jaki dzisiaj dzień? Od momentu wejścia do Utopii pamiętałem tylko nieliczne momenty, pojedyncze wyciągnięte z kontekstu sceny – ja pierdolę – jedna z myśli, która wszystko idealnie podsumowywała,  wyrwała się z moich ust.
Mógłbyś nie przeklinać? – delikatny acz stanowczy głos pełen specyficznej tylko dla jednej osoby zadziorności dobiegł moich uszu. Był cichy i zaspany, ale doskonale wiedziałem do kogo należał.
Leo, co ty tutaj robisz?
Śpię, pewien alkoholik nie był w stanie wczołgać się na swoje łóżko więc zajął moje, a ja biedny byłem zmuszony skorzystać z jego.
Przepraszam.
Nie ma za co, nie gniewam się. Ale miło będzie jeśli weźmiesz moją pościel do pralni.
Brzydzisz się mnie aż tak bardzo.
Nie. Śmierdzisz alkoholem, papierosami i wymiocinami. – Jedną z rzeczy których absolutnie nie można było poskąpić Leo to była właśnie szczerość. Uświadomił mi, że delikatny zapach jego perfum był nikłą nutką znośnej woni, która nieśmiało przebijała się przez mój odór. Z trudem usiadłem na łóżku, czułem jak wnętrzności zmieniają swoje położenie, jak wszystko w żołądku zaczyna buzować. Do tego ból głowy nasilał się z każda sekundą, aż syknąłem łapiąc się w okolicach skroni, by jakkolwiek zminimalizować pulsowanie. Otworzyłem oczy, pokój oświetlony był tylko światłem księżyca za co dziękowałem z całego serca. Chwiejnym krokiem ruszyłem  w stronę łazienki, żołądek podchodził mi do gardła, a w ustach poczułem ostry smak kwasów. Zapaliłem światło w małym pomieszczeniu wyłożonym białymi kafelkami, aż krzyknąłem gdy ostre światło poraziło mój nerw wzrokowy.
Tetsuo, nic ci nie jest? – usłyszałem głos blondyna. Może się martwił? Nie… nie możliwe. Spokojnie, śpij – odpowiedziałem.
Jakbym mógł zasnąć – mały po chwil stał obok mnie – pomóc ci w czymś?
Jakbyś mógł wyłączyć to okropne pikanie, byłbym wdzięczny do końca życia – rzuciłem przez zęby siadając na zimnej posadzce.
E… jakie pikanie? Zegar?
A no tak. W takim razie jakbyś mógł, to przynieś mi z szafki nocnej ciastka i multiwitaminę i wiesz co? Jeszcze prochy przeciwbólowe, takie czerwone… i magnez, a w sumie to przynieś całą moją apteczkę. I wodę. I szklankę – dodałem gdy już wyszedł z łazienki. Ostatkiem sił ściągnąłem spodnie, bo koszuli na sobie nie miałem i wszedłem pod prysznic. Strumień zimnej wody od razu mnie rozbudził i trochę otrzeźwił.

Leonard De Vere:
            Posłusznie wyciągnąłem z szafki nocnej pełno zbożowe ciastka i całą apteczkę wyładowaną masą leków. W między czasie Tetsuo zaczął brać prysznic, więc stwierdziłem, że poczekam na niego na sofie. Przez uchylone drzwi ulatniał się przyjemny orzeźwiający zapach limetki i mięty, po chwili wyszedł Tetsuo jeszcze mokry obwiązany tylko ręcznikiem wokół pasa. Poczułem jak moja twarz się czerwieni i dziękowałem niebiosom za całkiem ciemną noc i nie zapalone światło w pokoju.
Wszystko masz tu naszykowane – wskazałem na asortyment naszykowany na ławie. Dzięki Leo, jesteś boski – podziękował i usiadł koło mnie. Z bliska zapach mięty był jeszcze przyjemniejszy, a mokre ciało oświetlone światłem księżyca i nieznacznie łazienkową lampą wyglądało jak rzeźba. Z lekkiego zamglenia wyrwał mnie głos Tetsuo – dwie multiwitaminy – wrzucił do wysokiej szklanki dwie pomarańczowe tabletki, które od razu zaczęły buzować – magnez, wapno – dorzucał po kolei – lecytyna, ibuprofen – rozgniótł obie tabletki i wsypał do szklanki – i jeszcze jeden ibuprofen i może witaminy A i E… - dorzucał kolejne. Co to było? – chcesz ciacho?
Nie dzięki – odpowiedziałem. Sam wziął jedno i z grymasem na twarzy przeżuł mały kęs. Gdy udało mu się zmęczyć całe chwycił za szklankę i wypił jednym duszkiem.
Przepraszam, że nie dałem ci spać – rzucił zbierając swoje rzeczy.
Już mówiłem, nic się nie stało.
Naprawdę nie musisz się nade mną litować, za około 15 min powinienem być w pełnej gotowości by zacząć dzień, do siódmej będę lepiej niż zdrowy.
Dzisiaj akurat nie musisz, są testy zaliczeniowe. – Zdawało się, że przez chwile nie wiedział o co mi chodzi, szukał gdzieś w pamięci aż nagle gdy do niego dotarło zrobił wielkie oczy Cholera zapomniałem! – krzyknął jakby przegapił koncert ulubionej kapeli.
Przecież nie zdajesz niczego.
Zdaję chemię, nie będę się męczył z tym pterodaktylem.

sobota, 16 sierpnia 2014

Chapter 4 : Never drink absinthe



Tym razem będzie krótko i trochę niecenzuralnie, a inspiracją do tego rozdziału był:
 
_____________


Wszyscy każdego dnia przemierzamy niebo
 i brniemy przez piekło.
Tetsuo Aizawa:

            Do Utopii – miejsca w którym się umówiłem w moimi chłopakami doszedłem po godzinie marszu przez opustoszałą drogę, która niechętnie zamieniała się w cywilizowaną dwupasmówkę z latarniami i chodnikiem. Sam bar nie wyróżniał się niczym od tych, w których przesiadywaliśmy godzinami. Bordowe skórzane kanapy, które już dawno straciły swój blask, ciemne odrapane z lakieru meble nasiąknęły zapachem piwa, dymu tytoniowego i wódki niczym się nie różniły niż te, które towarzyszyły nam imprezom w Montowni. Dziwnie czułem się wchodząc do niego w czarnych prawie garniturowych spodniach, białej koszuli od mundurka, którą byłem zmuszony założyć. Wyglądałem jak uczniaczek odstresowujący się po godzinach, szczególnie na tle brudnych punków w wyblakłych t-shirtach i wąskich podartych spodniach. Wzgardzając spojrzeniami zebranych ruszyłem do baru i zamówiłem duży kufel piwa. Wyciągnąłem telefon pociągając łyk gorzkiego płynu.
Halo? – Odezwał się głos w słuchawce.
Ton? Co robisz z telefonem Franka?
Stoję na stacji benzynowej, a co?
Jedziecie do mnie już? – Wyobraziłem sobie jak żałośnie musiałem brzmieć w tej chwili.
Wiesz doskonale że nie lubimy wstawać wcześnie rano.
W takim razie spotkajmy się w Utopii, tym pubie o którym wam mówiłem. Będę na was czekał.
Ej, ej… - usłyszałem zanim się rozłączyłem. Nie miałem ochoty na durne pogawędki.
Dokończyłem piwo kilkoma łykami i zacząłem czytać e-wydanie Pasażera na smart fonie. Próbowałem jakoś odciągnąć swoje myśli od Leonarda i jego koszmarnego charakteru, ale wychodziło mi to raczej marnie. Ciągle kotłowały mi się w głowie jego słowa.
Jebać to – powiedziałem sam do siebie.
— Więc jednak zwiałeś – usłyszałem za sobą znajomy głos. Obróciłem się. Moim oczom ukazał się widok tak szczęśliwy, że można by go tylko porównać z niebiańskim ogrodem rozkoszy. Była to piątka chłopaków doskonale mi znanych. Osobą, która się do mnie zwróciła był wysoki blondyn w skórzanym płaszczu do kolan i masywną obrożą na szyi, przy której zapięciu zwisał czerwony kamień w kształcie łzy — Frank.
— Ja tylko wpadłem na browara – uśmiechnąłem się do ucha do ucha na ich widok.
— Wyglądasz jak kujon – zapointował jedyny wyższy od Franka chłopak.
— A ty dostałbyś w ryj za te słowa, gdybym nie cieszył się na twój widok.
— Miałeś pranie mózgu? – Włączył się Tony – „Cieszę się na twój widok”? Ja pierdolę, co oni z tobą zrobili?
— Może jednak powinienem obić pysk lub dwa – zripostowałem. Wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem, tego mi właśnie brakowało. Dobrego towarzystwa, dobrego alkoholu i dobrej muzyki. Usiedliśmy przy stoliku i od razu zamówiliśmy trzy butelki czystej. Jak szaleć, to szaleć. Tak się zaczęła noc.
— No więc, - zaczął Frank – co się działo u ciebie przez ostatni tydzień?
— Próbowałem zakumulować się z kujonami – zakomunikowałem jakbym w myślach snuł wspaniały plan zagłady świata, na co wszyscy zareagowali gromkim śmiechem. Tony poklepał mnie po ramieniu przyjacielskim gestem.
— Nie ma co, ambitne cele. Więc jak ci poszło? – Zmierzyłem go wzrokiem tak morderczym, że pewnie gdybym spojrzał w lustro zląkłbym się samego siebie.
— Nie widać? – Zatopiłem usta w kolejnej pięćdziesiątce tym samym wywołując wywołując kolejną salwę śmiechu. Do cholery co w tym takiego zabawnego?
— Mały by się nie śmiał. W ogóle on się nigdy nawet nie uśmiecha – rzuciłem nagle. Ciekawe jakby wyglądał z uśmiechem na twarzy? W mojej głowie zaczęły rodzić się wizje, które jak najprędzej chciałem powstrzymać. Piękna, idealna wręcz porcelanowa twarz wykrzywiona z szyderczym, obleśnym uśmiechu. Wolę gdy się buczy. Pochłonąłem kolejnego kielona, by obraz chichoczącego Leo jak najszybciej rozwiał się w mojego umysłu. – Za zapomnienie! – Rzuciłem szybko napełniając naczynie ponownie. – Siedmiu wspaniałych znowu razem!
Ej, ej, ej… coś mi tu nie pasuje. Spojrzałem na stół. Wokół niego siedziało tylko pięć osób i ja. A jeśli dobrze liczę, pięć plus jeden daje sześć? Tak?
— Gdzie Dorian? – wśród nas zabrakło mojego kuzyna. Wszyscy unikali mojego wzroku. Nie… nie… nie mógł mi tego zrobić. – Nawet mi nie mówicie… - powiedziałem nadzwyczaj spokojnie. Nie, co to do cholery ma być? Wielki spisek przeciw Tetsuo? Co jeszcze pójdzie nie tak?
— E Te-kun…
— Jebać go. – Wiedziałem, że coś zgniło, gdy nie chciał zbytnio ze mną gadać. Podejrzewałem, że tak się stanie, w końcu nie ma co się oszukiwać – świat nie jest przyjemnym miejscem, ludzie, nawet ci najbliżsi potrafią być naprawdę porządnymi skurwysynami. Pijemy!
            Nie wiem w którym momencie zostałem sam przy stoliku. Nagle gdzieś wszyscy zniknęli a ja zawołałem kelnerkę prosząc o butelkę wódki. Jeśli coś cie trapi, utop to. Młoda dziewczyna w kusej spódniczce postawiła przede mną zero siódemkę. Patrzyłem na nią, ona na mnie. Aż się prosiła, by ją chwycić w objęcia. Słyszałem jak wola mnie, mówiła „wieź mnie… wieź całą” W środku zgiełku i hałasu była tylko ona, ona i ja. Razem na samo… tfu! Bezludnej wyspie. Słońce paliło, a ona mogła dać ukojenie mojemu spragnionemu rozpalonemu ciału.
Wstałem, chwyciłem za jej szyjkę i przywarłem do niej wysysając z niej wszystko. Odstawiłem pustą już butelkę na stół i z powrotem usiadłem na krześle. Dopiero po chwili dotarło do mnie co zrobiłem. Wypiłem całą butelkę wódki na raz.
Muzyka była cholernie głośna, dudniła mi w uszach, czułem całym sobą każdą nutę, każde pojedyncze szarpnięcie struny, uderzenie w bębny, każdy dźwięk odbijał się w mojej głowie. Wstałem by znaleźć się jak najdalej od tego zgiełku. W ogóle gdzie ja jestem? Wszędzie ciemno i ponuro… tak ponuro, aż czuje się ten wszechobecny smutek, żal… musze uciekać… uciekać…
            Podłoga pod moimi stopami zaczęła się rozpadać ukazując gorącą lawę. W końce widziałem białego królika, którego ryjek wykrzywiony był w szaleńczym uśmiechu. To jego sprawka. To przez niego… to przez niego wszyscy zginiemy…
 

Frank Grenoue:

Kiedy na stacji benzynowej płacąc za kanapki z jajkiem i bekonem usłyszałem dzwonek swojego telefonu, wiedziałem, że to Tetsuo. Po prostu czułem to.
– Tony, kto dzwonił? – zapytałem dla formalności, podając mu jedno z trójkątnych pudełek.
– Nasz kochany Te-chan chyba spieprzył ze szkoły – długowłosy wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.
Czyli miałem rację. Ciekaw jestem tylko co takiego musiało się stać, że nie wytrzymał tej jednej nocy. Jak rano z nim rozmawiałem wszystko było ok. Nawet chwalił się, że znalazł parę osób, które są naprawdę w porządku. Miał ich przyprowadzić w sobotę. No cóż, Te-kun słynie ze zmienności, której każda kobieta mogłaby pozazdrościć.
Do pubu dojechaliśmy koło 1 w nocy. Tetsuo czekał na nas przy barze pijąc piwo, nie wiem czy pierwsze. Wyglądał jak typowy szaraczek, który wpadł tu na drinka po męczącej pracy. Jakoś średnio pasował do całej atmosfery.
– Jebać to – powiedział jakby przed chwilą analizował coś bardzo skomplikowanego i puścił to w cholerę.
– Więc jednak zwiałeś – Tetsuo odwrócił się do nas na wysokim stołku, a jego twarz rozświetlił uśmiech dziecka patrzącego na wymarzony prezent. Nie wiem co się z nim stało, ale na pewno coś niedobrego. A co się robi z traumatycznymi przeżyciami przyjaciela? Topi w czystej. Tak, wiem, że alkohol mu nie pomoże rozwiązać problemów, ale przecież mleko też nie.
Kończyliśmy trzecią butelkę, a Tetsuo był ciągle w tym samym stanie, nie licząc zamroczenia alkoholowego, które dopadło go wyjątkowo szybko.
– … i ma takie włosy… w kolorze płynnego złota, i oczy… takie zielone… jak… jak u kota, a jak patrzył w słońce stawały się żółte… – opowiadał nam o swojej laleczce po raz setny gdy w końcu Rei i Mike wstali od stolika nie mogąc słuchać z jakim uwielbieniem Te-kun opisywał chłopaka, chwilę później odpadł także Ton. – Ale język cięty ma… jak… – kontynuował nie zwracając uwagi, że zamiast sześciu siedzi nas tylko trzech. – Fran… gdybyś go zobaczył !Ale ten mały pyskaty gnojek ma mnie za jakiegoś chorego umysłowo debila! – jego opowieść docierała do końcowej fazy czyli nieziemskiej wściekłości wywołanej słuszną nieufnością laleczki, której imienia nie poznaliśmy do tej pory w stosunku do naszego Te-kun’a.
– Przypilnuj go chwilę – rzuciłem Nat’owi który jako jedyny został przy stoliku. – Zaraz wracam.
Wstałem i ruszyłem w głąb sali, gdy wróciłem Nathaniel zniknął, a Tetsuo leżał pod stołem.             Czemu to zawsze ja muszę się bawić w niańkę? Czemu zgodziłem się na tą pieprzoną butelkę absyntu?



Obserwatorzy